piszę o sztuce, pokazuję sztukę, trochę swoją, trochę cudzą, znaną i mniej znaną


Warto też zajrzeć tu:
malarstwo Anny Maciąg



O autorze:
Seweryn Lipiński, tu i ówdzie znany także jako kratke.
Zajmuję się wieloma rzeczami, pośród których malarstwo, uprawiane tak czynnie jak i biernie, zajmuje ważne miejsce.
Na blogu umieszczam wyłącznie autorskie teksty o sztuce, mam nadzieję że czytanie ich sprawi Wam przyjemność, zainspiruje... Być może coś więcej.

Moje obrazy można oglądać też tu:
mój variart czyli galeria


RSS
czwartek, 20 sierpnia 2015

Seweryn Lipiński

Przeczytałem biografię Marca Chagalla pióra Jonathana Wilsona. Informacja ta być może nikomu do szczęścia szczególnie potrzebna nie jest, i dlatego też przekazanie jej nie jest tu moim celem podstawowym. O książce tej wspominam jedynie dlatego, iż jej lektura, a właściwie tejże okoliczności, zainspirowały mnie do postawienia tezy brzmiącej jak następuje – jedynie w domu biografie malarskie można czytać w sposób w pełni satysfakcjonujący.

August Macke Mezczyzna czytajacy w parku
August Macke - Mężczyzna czytający w parku

Dlaczego?

Otóż dlatego, że nic bardziej bolesnego od czytania o obrazie, którego nie możemy zobaczyć. Lektura biografii Chagalla zajęła mi lekko licząc dwa razy więcej czasu niż wynikałoby to z objętości tej książki. No ale nie da się przecież przeczytać o obrazie (a czasem OBRAZIE) i spokojnie kontynuować lekturę. Nie da się i już. Trzeba znaleźć reprodukcję, przyjrzeć się jej, wchłonąć, osadzić w głowie, dopiero wtedy wrócić do książki. I dlatego zanim o Chagallu czytać zaczniemy, należy tymże Chagallem obłożyć się w ilościach możliwie jak największych. W ostateczności czytać w okolicy komputera, by w razie potrzeby móc skorzystać z dobrodziejstw Internetu.

Henri Matisse Czytajaca kobieta z brzoskwiniami
Henri Matisse - Czytająca kobieta z brzoskwiniami

Sześć lat temu, w pociągu relacji Olsztyn – Wrocław czytałem biografię Pissarra (Irving Stone – „Bezmiar sławy”) i do dziś wspominam traumę niemożności natychmiastowego przypomnienia sobie obrazu, o którym mowa. A gdy mowa była o dziele, którego w ogóle nie kojarzyłem, ból był podwójny. W połowie drogi poddałem się i resztę trasy spędziłem na bezmyślnym gapieniu się w szybę, przedkładając ten widok nad męki wynikające z niedoborów impresjonizmu w pociągach PKP.

Balthus Czytająca Katia
Balthus - Czytająca Katia

Tak, bez oglądania czytanie o malarstwie zasadniczo sensu nie ma. Równie dobrze można tej biografii nie czytać wcale. Ot, żył sobie facet, niech będzie, że nawet ciekawie (akurat taki Chagall żył więcej niż ciekawie), coś tam w międzyczasie zmalował, umarł. Koniec. Oklaski. Lub nie.

Corot Czytajaca mloda dziewczyna
Corot - Czytająca młoda dziewczyna

A to nie tak przecież, biografię należy czytać łącząc dzieło z twórcą. Ileż więcej się dostrzega, jak dużo można zrozumieć, gdy widzimy jak wydarzenia z życia przekładają się na sztukę, jak tło wpływa na dzieło... Czasem śledzimy ewolucję, a czasem rewolucję, przełom, zmianę radykalną… Jakże ekscytujące może być przecież poznanie źródła takiej metamorfozy lub kulis powstania konkretnego obrazu! I nieważne jak dobrze twórczość danego artysty znamy. Bo kiedy czytamy o nim samym, nagle zaczynamy zauważać więcej, znaczące daty, warunki, konteksty, historię... Pięknym jest moment, gdy w obrazie na pamięć znanym odkrywamy element nowy. Zresztą, i malarz innym całkiem zdać się potrafi. Zatapiamy się w sztuce, oglądamy, podróżujemy w czasie, porównujemy… Głębiej poznajemy nie tyle samego twórcę, ale jego dzieło. A dla mnie taki właśnie jest pierwszorzędny cel czytania malarskiej biografii...

I dlatego właśnie należy czytać je w domu:)

Marquet Akt stojacy
Albert Marquet - Akt stojący

piątek, 31 lipca 2015


Seweryn Lipiński - Cztery tatrzańskie momenty; 4x30x20; ołówek, kredki bambino/papier

20:35, seweryn.lipinski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 czerwca 2015

Drugi z rzędu wpis z kategorii "po prostu".

Tym razem letnio, wakacyjnie. Mazursko, porannie i pastelowo. Bo chociaż wakacyjne wyjazdy niekoniecznie kojarzą się z pobudkami o świcie... To może czasem jednak warto?

Sad w Kropiwnem Starym
Seweryn Lipiński - Porannie na Mazurach III; 2005; 32.5x22.5; pastel, papier

Łąka czwarta
Seweryn Lipiński - Porannie na Mazurach II; 2004; 50x40; pastel, papier

Redykajny
Seweryn Lipiński - Porannie na Mazurach I; 2003; 10x15; pastel, papier

20:04, seweryn.lipinski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 maja 2015

Na dziś wpis z kategorii "po prostu".
A zatem, skoro w kalendarzu wiosna, a i pogoda za oknem właściwa...
Trzy wiosenne pastelki... Po prostu:)

Sad w Kropiwnem Starym
Seweryn Lipiński - Sad w Kropiwnem Starym; 2008; 33x33; pastel, papier

Łąka czwarta
Seweryn Lipiński - Łąka czwarta; 2007; 40x30; pastel, papier

Redykajny
Seweryn Lipiński - Redykajny; 2008; 22.5x32.5; pastel, papier

17:51, seweryn.lipinski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2015

Znane, mniej znane i nieznane zupełnie, codzienne i niecodzienne.

Te z moich obrazów należą raczej do tych znanych mniej, czy wręcz wcale, rzadko pokonywanych na co dzień. Moimi od lat ulubionymi są szutry Suwalszczyzny. Zazwyczaj puste, w kolorach szare, słomiane i złote, kurzliwe do granic, wiodące przez wsie, pola i lasanki. To właściwa nomenklatura - lasów tam niewiele, lecz wśród pól - lasanki.


Seweryn Lipiński - Suwalszczyzna jesienią; 2011; pastel/papier; 50x40 cm.

Z drogami jest też tak, że się zmieniają. Niepokojący mrok burzę poprzedzający, uspokajające słońce złotej godziny, bezwietrzną ciszę niosące jasne chmury, to samo miejsce, jakże inne za każdym razem.


Seweryn Lipiński - Przedburzowy; 2011; pastel/papier; 50x40 cm.

Są też takie, na które trzeba wrócić i przebyć w drugą stronę. Odczarować, odkryć inną naturę, dać drugą szansę.


Seweryn Lipiński - Pejzaż jesienny znowuż; 2008; pastel/papier; 32.5x22.5 cm.

Pod górę w lepkim mozole południa, z góry w letnim deszczu... Na odpowiedniej drodze każda sytuacja ma swój czas. I czasem kończy się tak, że z mapą lub bez, prędzej czy później, dotrzemy w miejsce właściwe. Zaskakujące, niespodziewane i nieplanowane, może nawet wykluczone. Jeden warunek jest konieczny...

Trzeba podjąć decyzję i się w tę podróż wybrać.


Seweryn Lipiński - Drogi i jesień na wiosnę; 2009; pastel/papier; 20x25 cm.

10:34, seweryn.lipinski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 kwietnia 2015

Seweryn Lipiński

Czasem nie jest łatwo wyjaśnić, dlaczego obraz działa. Ten tu, konkretny. No, nie wszystko też tłumaczyć trzeba...

- Piękny.
- Czemu akurat ten piękny, powiedz, wytłumacz.
- Nie wiem, nie wszystko się da powiedzieć, jest piękny i już.

- Odwróć się teraz, spójrz, widzisz?
- Widzę.

Czasem zadziała też krowa.


Paul Gaugin - Pejzaż morski z krową na krawędzi klifu; 1888; 61x72,5; olej/płótno

Z krowami generalnie jest problem. Taki koń, bywa widowiskowy, szarżujący, dumny… A krowa? Stoi i przeżuwa. Chowa się w końskim cieniu. Ale i parzystokopytne potrafią zaskoczyć swym majestatem. Tak, słowo na m nie jest pomyłką. Inteligentna krowa ustawi się na krawędzi klifu, tło dobierze odpowiednie... I co? I każdy koń się chowa. Lokalizacja gauginowskiej krowy nie jest zresztą przypadkowa, albowiem uważny widz dostrzeże wcinające się w brzeg morze, kopiujące krowi kształt - prawdopodobnie i ono jest pod wrażeniem jej autokompozycyjnego wyczucia.

Obraz ten od zawsze należy do moich ulubionych. Zabierzcie krowę i żaglówkę, co zostanie? Zestawienie kilku plam w przypadkowych, gryzących się na dodatek kolorach… Potem wraca łódź, mamy morze, wraca krowa, mamy trawiasty klif, zielone fale zaczynają uderzać o brzeg spieniając się w biel, z wody wyłaniają się skały… A po prawej, czyżby to były stogi siana? Kolor się układa, znienacka te zielenie zestawione z pomarańczami, sjenami i granatem przeszkadzać przestają, zaiste krowa ta działa zbawiennie.

Morze zresztą szumieć zaczyna, a obraz ożywa nie tylko dzięki wydobyciu zeń pejzażu, ale też dzięki pięknemu połamaniu linii go budujących, dodatkowo podkreślonych tak klasycznym dla Gaugina konturem.

I mimo wszystko, wbrew takim kolorom i takiej kompozycji, tyle w nim spokoju…

Dlatego właśnie trafia. Bo jest do wypatrywania i odkrywania. Nie na tacy, ale na pograniczu abstrakcji, nie do chwilowego zachwytu widokiem, ale do smakowania i obcowania, szukania treści i z nim dialogu. Bo z obrazem, który rzuca w twarz odpowiedź nie da się rozmawiać. Och, nie zaprzeczam, nader często patrzy się nań dobrze, któż nie lubi oglądać ładnych obrazów, ja tam na ten przykład lubię. Ale jest różnica między ładnym, a pięknym.

Bo ta krowa, proszę państwa, jest piękna:)

Gaugin:
Nie można przesadnie kopiować natury. Sztuka jest abstrakcją, wydobywajcie ją z natury marząc w jej obliczu, więcej uwagi należy poświęcić samemu aktowi tworzenia niż jego rezultatowi”.

wtorek, 03 marca 2015

Seweryn Lipiński

Dlaczego zacząłem malować? Nie po to przecież, by stworzyć DZIEŁO, nie dla pieniędzy. Dla zabawy? Może z nudy? Nie wiem. A jednak, lata temu jakiś impuls zdecydował o tym, że pewnego dnia wygrzebałem kawałek sklejki i zasmarowałem go plakatówkami kopiując Marqueta.

Siedemnaście lat temu. Właśnie policzyłem, dotarło to do mnie i zaskoczyło. Niedługo będę pełnoletnim malarzem. Może trochę naciągnięty to wiek, bo z przerwami, ale mimo wszystko, siedemnastka robi wrażenie.

Nie zacząłem też dla efektu. Ten bywa że trafia, że działa, fakt. Dobry obraz cieszy i kropka, a co z drogą droga ku niemu? Obudowana jest często frustracją i euforią mijającymi się o kilka minut, bywa, że sekund. W jednej minucie rwę i wyrzucam, w drugiej jestem geniuszem. Kłębowisko myśli, uczuć, nastrojów. Nagle zadziała muzyka, przyjdzie wspomnienie. Kilka minut oddechu, powrót, spojrzenie z daleka i odkrycie, że brakuje jednej ugrowej kreski w prawym górnym rogu.

Euforia. Ten moment, gdy czuję, że to jest TYM. Że TO jest takie właśnie, jakim ma być. Takie moje, że się wyplata, że się wyplotło, że się dzieje, że nieważne ręce niedodomycia przez tydzień, nieważne kłęby pastelowego pyłu, ważne, że wypływa, ożywa, nawet porywa. Tak samo nieważne, że być może się nie spodoba nikomu poza mną i spędzi życie za szafą.

Obraz.
Czasem taki, którego nie było, ale pojawił się w głowie w tym właśnie momencie, gdy kartka/płótno/cokolwiek ląduje na sztalugach i wybiera sobie ten właśnie MOMENT by się zmaterializować. Od pierwszej kreski do efektu w 3 godziny. Splot okoliczności, jeden jedyny, jego skutek zwizualizowany.
Być może są takie właśnie obrazy, te które mają swoje momenty. Jedyne. Chmury, dwie substancje, tu i teraz, zakłębią się, przeniknie je słońce, za chwilę wiatr zawieje, zmieni wszystko. A to był TEN moment. Jedyny.

Obraz.
Czasem taki, który tkwił w głowie latami, był mały i ołówkowy, był długopisem na marginesie, czas sprawiał, że stawał się coraz większy, nabierał koloru, łączył się z innymi, dzielił i pączkował, a potem był IMPULS i oto on.
Od pierwszej kreski do efektu w 3 godziny, od pierwszego ziarna w trzy lata... W trzynaście lat. Tak też. A gdyby nie impuls, gdyby nie słowa usłyszane czy wymienione, gdyby nie ta myśl, nie to zdarzenie, nie to spotkanie, nie ten dzień, zamiast trzynastu byłoby piętnaście, dwadzieścia, nieskończoność.

Dlaczego o tym piszę? Do tego tak chaotycznie i może zbyt osobiście?
Bo po to maluję, po to szukam i nie chcę o tym zapomnieć. A zdarzało mi się. Te siedemnaście lat to długa droga. Wędrowanie przez szukanie, przez techniki, momenty dobre, wspaniałe, fatalne... I koncentrację na efekcie też tam zastałem. A ona paraliżuje i frustruje, ale ta frustracja nie jest tą, która działa w procesie i czasem jej trzeba, ale tą, która zatruwa myśli hasłem "pięć godzin przesiedziałeś i WIELKIE NIC, pastelowe pobojowisko".
Otóż nie ma NIC, ani wielkiego, ani małego, jest proces, jest radość tworzenia. Banalnie brzmi? Może nawet egzaltowanie? Myśl co chcesz, ja wiem co działa, a co sprawiło, że były takie dwa lata, że nie powstało nic w kratkę. Malowanie, czas, moment, tworzenie samo w sobie, to właśnie daje szczęście. To dla tego poczucia maluję do dziś. I gdy podejście jest takie właśnie, jakoś tak się dzieje, że... Pojawia się efekt, który bywa EFEKTEM. Jakby ubocznie, przy okazji, ale na swoim miejscu, bo tak właśnie ten proces działa, że nie można na siłę, nie można siadać do sztalug z postanowieniem. Daj się ponieść. Strasznie to proste, zbyt proste, jednak trudne.

Co jakiś czas warto po prostu usiąść, stworzyć warunki, przygotować górę papieru, odpowiednią muzykę lub ciszę, co wolisz, oczyścić głowę i... Właśnie dać się ponieść. Przypomnieć sobie początki i tę pierwotną, najgłębszą, organiczną wręcz radość tworzenia. Zainspirować słoniem na półce, zdjęciem z akurat otwartej gazety, chrząszczem, przypadkową myślą, pieśnią, wyobrażeniem... Czymkolwiek, byle znienacka. Malować, po prostu, niech płynie inspiracja i linie wyplata, niech ręka robi co tylko jej do mięśni i ścięgien przychodzi, nawet bez udziału głowy, czystym instynktem kierowana, niech ma swój luz, niech szuka swoich nici, niech jedna rzecz powstanie w minutę, druga w pięć, trzecia w trzydzieści. Nic efektem, wszystko drogą. Niech dzieje się tworzenie, a nie oczekiwanie na jego skutki wymierne. Niech wychodzi koślawo, niech się psuje, nieważne, tego nie mają tego podziwiać pokolenia, liczą się uczucia towarzyszące tworzeniu, procesowi jako takiemu, to co tu i teraz. Euforia, szał i radość tworzenia. Po to przecież zaczynałem, nadal chcę to czuć. I znów czuję. I dzięki temu właśnie pomysły dudnią, obrazy z nieistniejących stają się coraz bardziej do zaistnienia, a żar daje pożar.

To najbardziej osobisty i emocjonalny wpis w historii tego bloga. I ryzykowny. Czasem trzeba, otwieram, więc tak jest i zostanie.

Wpis ilustruje dziesięć szkiców "takich właśnie". Nie dla efektu, ale dla procesu, dla siebie, dla radości, ruchu, po to by POCZUĆ. Dziesięć, bo właśnie tyle było godzin inspirujących.

piątek, 13 lutego 2015

Czas na trzecią pastelową fotorelację (poprzednie tu i tu). Wiadomo czego się tu spodziewać, więc bez zbędnej zwłoki zapraszam do oglądania:)

Efekt końcowy:

 
Seweryn Lipiński - Don Giovanni; 2015; pastel/papier; 40x50 cm.

I tradycyjnych kilka szczegółów... Tym razem trochę inaczej pokazanych;)

Morał?
Jeśli nie lubisz brudzić rąk, nie maluj pastelami;)

środa, 11 lutego 2015

Seweryn Lipiński

Pierre Bonnard:
"Nie chodzi o to, aby malować życie,
chodzi o to, by ożywić malarstwo."

Czasem jest tak, że trafi.
Trafi i już, a wtedy upolowany nie podnoszę się tylko podziwiam.
Oto Bonnard.
I płótno tak świeże, jak tylko możliwe, lekkie, świetliste, takie... Po prostu.
Bo czasem obraz musi być po prostu obrazem. Cieszyć widokiem. Pobudzać zmysły, a akurat zmysłowości obrazom Bonnarda odmówić nie sposób. Zmysłowości niby spokojnej, ale po fragonardowsku rozkosznej i… Obiecującej?



Toaleta, 1908, 80x120

A w tym wszystkim malarstwo, tam gdzie jego miejsce, czyli znakomite warsztatowo, nienachalnie robiące swoje. Pastele i pudry, róże, żółcie i błękity, mimo tego kiczu nie uświadczymy, lecz harmonii. Widzimy skórne i podskórne subtelności odcieni modelujących ciało i drażniącą sugestię tego, że kobieta w lustrze, lekko z góry patrząc, nie jest tą, która stoi do nas tyłem. Nie wiem ile w tym premedytacji Autora, ale efekt tego znakomity i przyjemnie niepokojący. Każący się przyjrzeć nodze i jej odbiciu, szukać ręcznika namalowanego tak, że nie wiadomo, czy jest tłem z lustra, czy po prostu idealnie graniczy z odbiciem uda. Piękny obraz, kropka.

Ten Bonnard, mój ulubiony, nie jest tym, którego oglądamy w encyklopedii, tam prędzej znajdziecie mroczno-bezwstydną Leniwą, dla mnie nieodparcie bizetowską. Warto i jej się przyjrzeć, bo to też mocny obraz, świetnie namalowany w jakże odmiennej i ograniczonej palecie, do tego jak skomponowany, w całości i fragmentach - weźmy choćby te wijące się prześcieradła w prawym górnym rogu, przecież to niemalże obraz sam w sobie… A na sam koniec warto poszukać wspólnego mianownika obu dzieł, którym dla mnie jest cień ukrywający twarze dwóch nagich... Anonimizujący, uniwersalizujący? Każdemu jego interpretacja…


Leniwa, 1899, 106x96

I na deser Bonnard w nieco innej tematyce, ale pominąć go nie mogłem - adres bloga do czegoś jednak zobowiązuje… Czyli bluzka w kratkę;)


Bluzka w kratkę, 1892, 33x61

sobota, 31 stycznia 2015

Malunki akrylowe (choć są tacy, którzy twierdzą, że pastą do zębów), znów w czerni i bieli (z okazjonalnym trzecim kolorem, który jest co prawda niewykrywalny, ale jest, serio;)), czyli po raz kolejny całkiem inaczej niż w mojej ukochanej pasteli...

Do której wrócę, obiecuję, niedługo:)

 
Seweryn Lipiński - Tryptyk o komunikacji; 3x31x23; akryl na dykcie

Tryptyk o komunikacji, czyli znów czasy zamierzchłe.

Tematycznie z podtekstem poważnym, choć wynikłym z fundamentu nader niepoważnego. Dlatego właśnie tytuły są długie, niespójne i były rozwijane oraz podtytułowywane pod wpływem oglądających. Dlatego też jest dziwnie, a nawet niepokojąco. Wszystko to - zamierzonym było:)

Pierwszy miał być sam, ale okazało się, że pewne rzeczy dopowiedzieć trzeba. Bo przecież gdy się mówi o komunikacji, to przekaz powinien być... Hmmm... Komunikatywny;)


Nienachalna goła baba - czyli Jak się dogadać z facetem - czyli Trzeci kolor


O komunikacji ciąg dalszy


O komunikacji po raz trzeci czyli - I ostatni

11:17, seweryn.lipinski
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9