piszę o sztuce, pokazuję sztukę, trochę swoją, trochę cudzą, znaną i mniej znaną


Warto też zajrzeć tu:
malarstwo Anny Maciąg



O autorze:
Seweryn Lipiński, tu i ówdzie znany także jako kratke.
Zajmuję się wieloma rzeczami, pośród których malarstwo, uprawiane tak czynnie jak i biernie, zajmuje ważne miejsce.
Na blogu umieszczam wyłącznie autorskie teksty o sztuce, mam nadzieję że czytanie ich sprawi Wam przyjemność, zainspiruje... Być może coś więcej.

Moje obrazy można oglądać też tu:
mój variart czyli galeria


RSS
sobota, 28 maja 2011
Słoneczniki...
Kwiaty gorące, letnie.
Wdzięczne i dźwięczne.

W twórczości Claude Moneta martwe natury są rzadkością, słonecznikom się on jednak nie oparł. Obraz ten jest częścią cyklu kwiatowego, składającego się w sumie z siedmiu obrazów.


Claude Monet - Bukiet słoneczników; 1881; 81x101; olej/płótno

Najbardziej znanymi sportretowanymi słonecznikami, są te Vincenta van Gogha.
Namalował on w sumie 11 obrazów ze słonecznikami, spośród których te najbardziej znane, stojące w glinianym wazonie, są jednymi z najlepiej rozpoznawalnych obrazów świata.
Mnie jednak o wiele bardziej podobają się te pokazane niżej.
Ścięte, ale jak bardzo żywe; drgające, wibrujące, linią, kolorem i fakturą.
Buchające słońcem i życiem, po prostu... oszałamiające.


Vincent van Gogh - Dwa ścięte słoneczniki; 1887; 42x61; olej, płótno


Vincent van Gogh - Cztery ścięte słoneczniki; 1887; 60x100; olej, płótno

A na sam koniec...
Moje słoneczniki razy dwa.


Seweryn Lipiński - Słoneczny duet; 2010; 2x20x25; pastel, papier


Seweryn Lipiński - Słoneczniki; 2010; 35x50; pastel, papier
piątek, 20 maja 2011
Seweryn Lipiński

Nie trzeba być z Krakowa by wiedzieć, czym są tamtejsze Planty. Na miejscu starych murów obronnych i fosy początkowo powstało dzikie wysypisko, na którego miejscu w 1820 roku założono park, częściowo zniszczony w trakcie wojny, a po jej zakończeniu stopniowo odnawiany aż do dziś. Park dla dzisiejszych mieszkańców Krakowa może zwyczajny, jak wszystko, co widuje się niemal na co dzień, jest jednak parkiem magicznym, pełnym symboli. I nieważne, że Kraków jest miastem, w którym miejsc magicznych jest wiele, Planty na zawsze mają wśród nich zapewnioną swoją pozycję.



Stanisław Wyspiański malował Planty kilkukrotnie. Olejny obraz „Planty o świcie” powstał w roku 1884. Wyludniona, pusta bladym świtem aleja, w tle Wawel. Zamek jest ledwie widoczny, lecz swą niedostępnością i mglistą tajemniczością przyciąga wzrok, tym bardziej że ku niemu właśnie wzrok prowadzi kompozycja obrazu, perspektywicznie zbudowana szpalerami drzew. Na końcu alei widać latarnię, która kiedyś stała się źródłem pomyłki, obraz z jej powodu i ku zdziwieniu Wyspiańskiego został przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych przemianowany na „Wawel o zmroku”.

Dzieło to jest jednym z nielicznych obrazów olejnych Wyspiańskiego, który po kilkukrotnym zatruciu farbami olejnymi odkrył dla siebie pastele. „Planty o świcie” są obrazem bardzo lekkim, wręcz świetlistym, kojarzącym się z twórczością Whistlera, mistrza pejzażu budowanego nastrojem. Bo to właśnie nastrój jest siłą tego obrazu, spokój i nostalgia z niego bijące odrealniają miejsce, budują plan dla historii kryjącej się w tym pejzażu, dają szansę wyobraźni, którą być może trudno uruchomić, gdy przebywa się na Plantach wśród ludzi, a Wawel jest pełen zwiedzających. A szkoda. Bo Królowie pochowani na Wawelu spacerują przed nami na obrazie Wyspiańskiego właśnie teraz, o świcie, gdy na Plantach jest pusto i cicho. Ożywa tu przed nami „poczet Królów-Duchów”, których w postaci witraży widział Wyspiański w katedrze wawelskiej, snuje się przed nami królewski pochód pośród bezlistnych drzew. Drzew zjawiskowych, linearnym rysunkiem oplatających przestrzeń, ożywiających ten pozornie martwy pejzaż. W liniach konarów widać pastelowe doświadczenie Wyspiańskiego, który potrafi w obrazie olejnym wykorzystać środki charakterystyczne dla rysunku, jednocześnie nie gubiąc jego spójności, za to wykorzystując siłę kreski, budzącą pejzaż do życia, dodającą treść ukrytą pod powierzchnią farby, podświadomie odczytywaną przez wrażliwego widza, pobudzającą jego wyobraźnię.

Drzewa te, symetrycznie obudowujące obraz mogą się też kojarzyć z kurtyną, rekwizytem bliskim Wyspiańskiemu, przecież nie tylko malarzowi, ale też, dla niektórych na pewno przede wszystkim, poecie i dramaturgowi. Kurtynę, która gdy przychodzi wieczór, pora dla niej właściwa, odsłania scenę i pozwala oczom widza zobaczyć to, co za nią ukryte, dusze Plant, ożywiając słomiane figury z „Wesela” widoczne na namalowanym pięć lat później pastelowym obrazie „Chochoły”. Te same pokręcone drzewa, jakże inne w ujęciu nokturnu, w niepokojącym blasku księżyca i latarni. Wciąż w tle majaczy Wawel, ledwie widoczny, bo tym razem to fantastyczny chocholi taniec jest głównym tematem obrazu. Nie królewska przeszłość jest już jego tematem, lecz przyszłość i teraźniejszość, chocholi taniec symbolizujący niemoc i marazm, po upływie ponad stu lat od powstania obrazu wciąż jakże aktualny.



Inne jest to spojrzenie na Planty, mroczne, lecz piękne. Barwy są tu zupełnie inne, jednak wciąż szlachetne. Wśród mocnych czerni i granatów błyskają biel i jasne błękity, budując piękny nokturn, obraz krakowskiej nocy. Nocy, którą można spotkać tylko w takim mieście jak Kraków, gdzie z wielusetletnią historią obcujemy na niemal każdym kroku, nawet w codziennym zgiełku dnia i życia powszedniego.

Stanisław Wyspiański nie był jedynym malarzem, który mierzył się z tym miejscem, namalowali je między innymi także Jan Stanisławski i Witold Wojtkiewicz. Jednak to Wyspiańskiemu udało się uwiecznić istotę Plant chyba najlepiej, mimo że to nie pejzaż, ale portret był najczęstszym tematem jego obrazów. A być może to jest właśnie powód? Bo jego pejzaż jest w istocie portretem pejzażu, portretem takim jak inne portrety jego autorstwa, nie powierzchownym, lecz odkrywającym dusze i charakter portretowanych, choćby tym portretowanym był… z pozoru zwyczajny park.

poniedziałek, 16 maja 2011
"Szermierkę" Leona Chwistka powszechnie uważa się za jego największe osiągnięcie formistyczne. Geometryzujące, rytmiczne linie nawiązują do kubizmu, choć raczej powierzchownie, bo nie czuć tu ciężkości kubistycznej bryły, służą one raczej jako środek pomagający pokazać dynamikę pokazanej sceny. Ten właśnie ruch, a właściwie sposób jego ukazania, sprawiają że bliżej tu Autorowi do futuryzmu. To chyba właśnie wyjątkowo trafnie zgrane tematyka i forma obrazu sprawiają, że jest on w twórczości Chwistka tak rozpoznawalny. Gra tu bowiem właściwie wszystko, poza tematem także kompozycja i kolorystyka.

Chwistek był teoretykiem, potrafił podobno długo siedzieć nad pustą kartką i mówić że "rysuje",
nie ciąży to jednak na odbiorze "Szermierki", obraz nie jest jest przeintelektualizowany, wręcz przeciwnie, jest lekki i ekspresyjny, błysk broni, ruch walczących, wszystko to widać i czuć.


Leon Chwistek - Szermierka; ok. 1919; 100x70; olej/tektura

Niżej natomiast pokazuję swoją wersję tego tematu. Inna, na pewno mniej geometryczna, niekubizująca, prędzej wpadająca w ekspresję niż futuryzm. Więcej tu koloru i faktury, mniej formy i teorii. Malując ten obraz nie nawiązywałem do Chwistka, po prostu naszedł mnie taki temat pewnego dnia, najpierw zrealizowany w szybkim szkicu, po jakimś czasie przełożony na większy format temperą wzmocnioną werniksem. Tak naprawdę, poza tematem niewiele więc łączy te dwa obrazy.

A ponieważ mimo że lubię pisać o sztuce, to niekoniecznie o swojej, starczy więc gadania, resztę wniosków i wybór swojej wersji pozostawiam Oglądającym:)



Seweryn Lipiński - Pojedynek; 2007; 56x42; tempera, werniks/papier
sobota, 07 maja 2011
Seweryn Lipiński

"Już w dziecinnych latach okazywał niezwykłą fantazję. Mając lat cztery, na przykład, opowiadał rozmaite epizody z przeszłego jakoby życia swojego, a przekonywany o nieprawdzie opowiadań swoich, ze łzami i przejęciem się upewniał, że widział to, co opowiada, że najpewniej drugi raz już żyje ", tak pisała o Witoldzie Wojtkiewiczu jego matka - Aniela. Trudno uwierzyć fantazjom dziecka, ale może warto czasem przymknąć oczy, uwierzyć w niemożliwe patrząc na inne fantazje Wojtkiewicza, opowiadane przez całe jego przedwcześnie zakończone chorobą życie, opisywane obrazami, uderzające każdego, kto wczoraj, dziś, jutro przygląda się dziełom Witolda Wojtkiewicza.



"Wezwanie" można oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Należy ono do siedmioczęściowego cyklu obrazów zatytułowanego "Ceremonie", malowanego rok przed śmiercią malarza. Cykl ten, będący ostatnim w życiu artysty, a w szczególności ten konkretny obraz stanowi kwintesencję stylu Wojtkiewicza, stylu jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego. Spotykają się tutaj bajka z groteską, piękno ze smutkiem, melancholia z niepokojem. Bajkowy, fantastyczny jest temat, młodziutka księżniczka - dziecko w złotej koronie, wpatruje się w pustkę, nie wskazując nic konkretnego, nie kierując też smutnych oczu na zbliżającego się do niej na koniu nieletniego rycerza, może księcia, królewicza. On także jest smutny, poważny, ze wzrokiem wbitym w ziemię, żałosny na swym pokracznym wierzchowcu o czerwonych oczach. Czy to jego wzywała księżniczka, jej ma oddać hołd? Ich spojrzenia mijają się. Choć tematyka sceny jest bardzo bajkowa, nie widać tu radości, lekkości, jest smutek i pustka, brak nadziei bije z każdej z postaci obecnych w obrazie. Nawet roślinność, choć na pierwszy rzut oka fantastyczna, wijąca się, pnąca w arabeski, po chwili okazuje się wyschniętym zielskiem, rudymi sterczącymi badylami.
I to te właśnie ugrowe chwasty, w kolorze bliskim kolorowi włosów księżniczki, migające tu i ówdzie na całej powierzchni obrazu, w dachach zabudowań w tle, w szatach przybywających, w pniu drzewa, nadają ton całemu obrazowi. Nie zieleń, kolor nadziei, której przecież jest w całym obrazie znacznie więcej, ale właśnie zgaszone, smutne ugry i sieny podkreślające nastrój obrazu, nastrój tej fantazji dorosłego Wojtkiewicza.
Fantazji oderwanej, nierealnej, ale nie w baśniowy sposób. Ta fantazja jest podszyta niepokojem, jest nierealna nawet w samym obrazie, którego jest tematem. Jakim sposobem bajka ma być bajką, skoro sceny w tle są tak zwyczajne, codzienne, ktoś pasie gęsi, trwa orka? Tak samo oderwanej jak oderwane od rzeczywistości były wizje dziecka, o których pisała jego matka. Być może nierealne dzieci będące tu bohaterami czują, czy wręcz wiedzą, że to nieprawda, że prawdą jest to, co dzieje się w tle, a ich po prostu nie ma, nie ma tytułowego wezwania, nie ma sensu ich tu obecność. Nie ma w treści obrazu nic groźnego, nic wprost niepokojącego, a jednak nastrój jego jest podszyty strachem i niepewnością. Dzieci nie są tu dziećmi - stają się dorosłe, rodzi się niepokój, a w widzu pojawia się chęć dotarcia do sedna tej sceny, odkrycia jej symboliki, bo przecież niemożliwe jest by ta konkretna bajka była bajką tak po prostu. Jest to taka opowieść, w której po prostu musi kryć się coś więcej, ukryty sens, kolejne dno. Siłą wojtkiewiczowskich fantazji jest to właśnie, że ich zawartość może być odczytywana na wiele sposobów, na wielu płaszczyznach, te obrazy się czyta i ogląda jednocześnie, obraz przeplata się ze słowem jak w dobrej książce, której treść czytelnik widzi w swojej głowie, jak w wierszu o stu interpretacjach. I piękne w tych obrazach jest to, że ile by tych interpretacji nie było, każda będzie na swój sposób słuszna.

Spójrzmy jeszcze na szkic do "Wezwania". Wojtkiewicz zanim przystąpił do malowania właściwego obrazu, zawsze przygotowywał szkic. W przypadku opisywanego obrazu wykonany został on tuszem na papierze i można go zobaczyć w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Szkic w czerni i bieli siłą rzeczy pozbawiony jest mocy koloru, mimo to jest on, jak każdy szkic Wojtkiewicza, samodzielnym dziełem sztuki, broniącym się bez udziału powstałego na jego podstawie obrazu. Dziełem, które jednocześnie może rozszerzyć interpretację całości opowieści, dać jej kolejne punkty odniesienia i pokazać zmiany, jakie nastąpiły w procesie twórczym. Tuszem wykonany szkic "Wezwania" nie różni się wiele od obrazu temperą, zawiera wszystkie elementy kompozycji końcowej. Można jednak dostrzec minimalne różnice, tu księżniczka jest otoczona pnączami roślinności, tworzącymi rodzaj gniazda, może bezpiecznego, może ją więżącego. Giermek księcia podobnie jak jego pan, tutaj patrzy w ziemię, w obrazie nieśmiało zerka on na księżniczkę. Z kolei książę wyciąga dłoń, choć niczego nią nie wskazuje, może w geście pozdrowienia? W końcowej wersji obrazu jego ręce są złożone na grzywie konia, dystans do wzywającej go dziewczynki jest większy, wyciągnięta w szkicu dłoń jest już schowana.

Obraz jest malowany ulubioną przez Wojtkiewicza techniką temperową. Farba temperowa jest farbą wodorozcieńczalną i szybkoschnącą, dającą kolorystykę przygaszoną, w pewien sposób szlachetną. Nie jest łatwo przy jej użyciu uzyskać tak charakterystyczne dla obrazów Wojtkiewicza rozedrganie, blask z nich bijący, wynikający nie z nasycenia czy jaskrawości koloru, ale szlachetnej harmonii barw i przemyślanych, choć pozornie niedbałych zestawień barw wijących się po całej powierzchni obrazu. Świadoma rezygnacja z efektowniejszej techniki olejnej paradoksalnie daje temu obrazowi siłę, siłę ukrytą, drzemiącą pod powierzchnią farby, budzącą się i uderzającą z całą siłą w kontakcie z widzem, który spojrzy na ten obraz i odpowie na wezwanie zawarte w tytule.

Czteroletni Witold opowiadał historie, w które nikt nie wierzył, dwadzieścia lat później, jako dorosły, wciąż je opowiadał, aż do śmierci w wieku dwudziestu dziewięciu lat. Tamto dziecko święcie wierzyło w to, że "najpewniej drugi raz już żyje", dziś widzimy jak fantazje tego samego, choć dorosłego dziecka raz za razem ożywają, opowiadając kolejne "epizody". Warto uwierzyć w te obrazy, wciąż na nowo je czytać, uczestniczyć w tych ceremoniach i dać kolejne życie bajkom Witolda Wojtkiewicza.

Tekst został pierwotnie napisany na konkurs "Historia polskiej sztuki", można go też przeczytać tu:
http://historia.gazeta.pl/historia/1,99641,9130137,O__Wezwaniu__Witolda_Wojtkiewicza.html